wtorek, stycznia 29, 2008
Cisza! Teraz ja mówię! Ogólnie najpierw chciałbym się usprawiedliwić że to że 3 dni nie pisałem. Po prostu byłem za schizowany egzaminem z Finansów Domów Publicznych którego podobno zdanie daje nam już literkę "g" do naszego upragnionego "mgr". Literkę "r" daje podobno Historia Myśli Ekonomicznej którą mam w przyszłym semestrze tak że za jakieś 5 miesięcy będę magistrem :D. Jednak po tym miłym początku dnia jakim był egzamin z FP muszę przyznać że zostałem na maksa zdenerwowany. Otóż moja Mała Foka Alinka zachorzała. Poszliśmy sobie do lekarzyka i muszę przyznać że jestem zniesmaczony tym wydarzeniem. Otóż to że polska służba zdrowia jest czystym reliktem PRL który rękami i nogami i stetoskopami broni się przed jakąkolwiek reformą to wie każdy. Jednak dzisiejsza wizyta w jakiś sposób pokazała mi jak jest chujowo i chujowiej jeszcze będzie. Otóż na samym wstępie zostaliśmy z Alinką miło zjebani przez grubą panią w recepcji za to że nie powiedzieliśmy Jej z jakiej jesteśmy kasy chorych. Ona jest pracownikiem i powinna się zapytać. Jak idę do McDonalda i proszę zestaw z mielonym szczurem to pani się mnie pyta czy chcę kolę czy fantę. Bo taka jest Jej praca. A pracą Pani w recepcji jest to żeby znalazła naszą kartę. A jak nie wie jak znaleźć to ma się zapytać. Bo za to Jej społeczeństwo płaci. Jak jej sie praca nie podoba to może się zwolnić. Potem siedzieliśmy 1,5 godziny w kolejce do Pani Lekarz. Pani Lekarz przez 1,5 godziny obsłużyła może z 6 osób, 3 razy wyszła do kibla, wypiła 2 herbaty i ogólnie nie sprawiała wrażania zainteresowania swoją pracą. Po czym wizyta u niej trwała 2 minuty w trakcie których nawet nie zajrzała Alinie do gardła tylko wypisała receptę na krople do nosa i jeszcze jakieś nie potrzebne rzeczy. Na dodatek głupi prukwa już drugi raz nam nie wpisała PESELU tak że leki które kupiliśmy nie zostały nam zrefundowane przez NFZ na który rocznie łożymy kilkadziesiąt miliardów złotych. I ta pani uważa pewnie jeszcze jak każdy lekarz że należy jej się 4000zł miesięcznie. Jedyny komentarz który może się nasunąć człowiekowi po takiej wizycie jest taki że poniekąd system ten jest dość sprawiedliwy i typowo komunistyczny i opierający się na modelu: Lekarze udają że pracują, państwo udaje że płaci. Tylko skoro tak jest to dlaczego wszyscy narzekają. Czy nie można w końcu poddać tego wszystkiego sprawiedliwej ręce rynku która zapędzie operdalających się lekarzy do roboty, tych którzy pracują solidnie wynagrodzi a pracjentom zapewni może i wolność wyboru między lekarzami i wysokiej jakości świadczenia. Czary goryczy dopełnił jeszcze raport opracowany przez Transparency International który sobie przeczytałem stojąc w przez 1,5 godziny w sześcioosobowej kolejce i który mówi że służba zdrowia jest najbardziej skorumpowaną instytucją w Polsce. Bardziej skorumpowane są tylko partie polityczne. Miałem też parę innych spostrzeżeń. Otóż generalnie nieźli byli ludzie stojący w tej kolejce. Była stara moherowa baba która się bezczelnie wepchnełą nam w kolejkę. Tak sobie myślę że pewnie odkąd PO wygrało wybory boli ją lewe oko i nawet już patrzenie na zdjęcie Jarosława Jej nie pomaga i dlatego teraz zwróciła się do lekarza. Był facet który ciągle opowiadał swojemu dzieciakowi o tym że stara baba jest zła i nieuczciwa. Jego dzieciak za to był nadpobudliwy i biegał ciągle w kółko. Ogólnie też była bardzo integrująca atmosfera bo była babka która opowiadała wszystkim o swoich chorobach, a miała ich tysiące. Na tym kończę moje wywody. Dziękuje za uwagę.
piątek, stycznia 25, 2008
Kupa z Biedronki...
Witam wszystkich ja. Dzisiejszy dzień był jednym z tych dni które nie obfitowały w nic poza emocjami. Miałem dzisiaj egzamin z Finansów Przedsiębiorstw Pogrzebowych. Ogólnie doktorek Kał Doński tak nas wszystkich ze schizował tym jaki ten egzamin będzie że rano doszedłem do takiego stopnia schizy że o mało się nie posrałem. Na egzaminie okazało się że test był dokładnie taki sam jak mieli ludzie rok temu. Nie muszę chyba mówić że rok temu była rzeźnia. W sumie rzeźnia była do tego stopnie że mimo że mieliśmy pytania to i tak na część nie umieliśmy odpowiedzieć. Tak że szok. Ale generalnie napisałem to co wiedziałem. Tego co nie wiedziałem to zmyśliłem i ok. Jednak nie będę się dzielił więcej tymi nieprzyjemnymi chwilami z Wami (ale mi się rymło). Dzisiaj opowiem Wam historię która zdarzyła mi się z 2 miechy temu. Historia jest krótka jednak bardzo pouczająca. W zasadzie nie jest to historia a raczej test na wyobraźnię. Pomyślcie jakie są miejsca w jakich można wdepnąć w kupę? Wiem że każdy może sobie wymyślić takie miejsca które są nieprawdopodobne i w ogóle groteskowe. Można pomyśleć o teatrze albo salce audiencyjnej Papierza ewentualnie prezydenta albo nawet na trawniku. Jednak przyznacie szczerze że widok kupy u prezydenta na dywanie byłby dość dziwny. Nawet jeżeli by była kacza. Jeżeli jednak myślicie że wszystkie te opowiastki z prezydentem na czele możecie schować między bajki z serii "O dwóch takich co ukradli księżyc" to się drogo mylicie. Dlaczego? Albowiem ostatnio przydarzyło mi się to o czym nie marzyłem w najbardziej perwersyjnych marzeniach. Otóż wdepnąłem w kupę po środku Biedronki. Tak tak... leżała sobie dumnie w dziale w napojami i czekała na mojego buta. Na domiar groteskowości jeden z pracowników owej Biedronki wszystko widział i chciał mi kazać posprzątać bo podobno rozniosłem. Bo gdyby nie ja to by ona sobie tam leżała i było by czysto a tak to ja wszystko zepsułem. Masakra... Idę walić głową w umywalkę z tego wszystkiego... narq
czwartek, stycznia 24, 2008
Mc Duck...
Dzisiejszy post nie będzie ani o władzy, ani o seksie, ani o przemocy, ani nawet o jedno okich złotych bażantach. Jeżeli jednak myślicie że zabraknie w nim skrajnych emocji to srogo się mylicie. Post ten opowie o kolejnej rzeczy którą dostrzegłem i która powoduje że całą noc nie mogłem spać. Zacznę od początku. Wczoraj z Foką Alinką udaliśmy się do McDonaldu coby skonsumować jakiegoś mielonego szczura. Wycieczka ta krajoznawcza została mi sprezentowana w nagrodę że dobrze mi poszło koło z finansów. I oczywiście jak to w Foczej Rodzinie bywa w takiej sytuacji to ja musiałem płacić za całe żarcie (na szczęście ostatnie Foka Alinka dostała 6 z egzaminu i teraz Ona wisi obiad w KFC). Jako że jestem duży to zjadłem sobie Big Maca a Alina zjadła sobie Wieś Maca. Ogólnie sielanka. Ale prawdziwego ciosu w przysadkę mózgową doznałem w momencie jak poszedłem z tacką do kosza coby zgrabnym ruchem dokonać ostatecznej eksterminacji śmieci które uzbierały się podczas biesiady. W tym momencie doszło do mnie że na każdym koszu na śmieci w każdym maku w każdym polskim mieście jest napisane wielkimi, czerwonymi litereczkami: "PROSZĘ NIE WRZUCAĆ TAC DO KOSZA. DZIĘKUJĘ". Ogólnie zastanawia mnie to. Pamiętam jak po raz pierwszy otworzyli maka w Częstochowie (każdy pamięta ten dzień) tych napisów nie było. Było to mniej więcej jak byłem w I-II klasie podstawówki. Napisy te pojawiły sie może z rok później. Tak naprawdę nigdy nie widziałem żeby ktokolwiek wrzucił tace do kosza. Ale pamiętam jak mój kolega kiedyś mi powiedział: "A ja to ostatnio wrzuciłem tace do kosza i uciekłem". Więc tacy ludzie się zdarzają. Ale to co mnie fascynuje to to że te napisy są nadal. Zwłaszcza że teraz kosze mają w środku takie kółka które powodują że żeby włożyć tace do środka powinniśmy najpierw ją połamać, potem pogryźć a na końcu dokonać jej rozszczepienia molekularnego. Czy naprawdę nadal są w Polsce ludzie którzy uważają że to jest super śmiesznie wrzucić tacę do kosza? Rozumiem że może ktoś nie wiedzieć jak obsługuje sie maka i myśleć że taca jest jednorazowa i można sobie ją tam wsadzić razem z niedojedzonymi szczurami. Wydaje się ze po 10 latach propagandy anty-wrzucaniowej-do-kosza każdy powinien jakoś wiedzieć że tak się nie robi. W Austrii jak byłem nigdzie nie pisało: "Bitte keine Tacen in der Koszen wrzucen". Więc w tego wynika że nadal są ludzie których to śmieszy. Ja też uważam że są śmieszni. Ale tylko w wyglądu.
środa, stycznia 23, 2008
Lineusz Sux and Darwin też: Anex I
Ogólnie dzisiejszy post będzie bardzo filozoficzny. Dla tych którzy nie pamiętają o co biegało w tekstach o Lineuszu i Darwinie chciałbym wyjaśnić że kiedyś wraz z ziomkami, po spożyciu ogromnych ilości wina z najniższej półki w najtańszym sklepie w najtańszej dzielnicy najtańszego miasta, stworzyliśmy nową teorię na temat segregacji zwierząt i ich ewolucji. Dzisiaj chciałbym zamieścić do tej teorii aneks który może kiedyś stanie się jej nowym rozdziałem.
Otóż o co chodzi. Generalnie na pomysł ten wpadłem tak jak każdy wielki człowiek wpada na swoje genialne pomysły: nie w laboratorium, nie w budynku uczelni ani nawet nie w mięsnym. Wpadłem na niego jedząc na śniadanie kanapkę z jajkiem i majonezem. I wtedy mnie olśniło. A w zasadzie zadałem sobie pytanie którego do dzisiaj nie do końca rozwikłałem. Otóż czy nie zastanawiało Was nigdy skąd wzięło się jedzenie? Tzn. jak to się stało że ludzie zaczęli jeść np. gotowane jajka? Albo pieczone mięso? Wydaje mi się że nie jest to takie błahe pytanie. Bo w sumie że niby jak to sobie wyobrażamy? Że jakiś tam pierwotniak z jaskini miał sobie ognisko żeby ogrzać swą pierwotniaczą dupę i jadł sobie przy nim surowego bobra. I nagle bóbr mu wpadł do ognia i tak smażył się przez 30 minut na wolnym ogniu. I po tych 30 minutach koleś go sobie wyją i zjadł i stwierdził że jest super dobre i teraz bobra zawsze będzie wkładał do ognia? Ogólnie jakoś mi się nie wydaje. Nie wiem czy w ogóle takiemu penerowi taki bóbr z popiołu by smakował. Ja wiem że nam się wydaje super pyszny i wszyscy lubimy bobra z ogniska. Ale np. kot czy pies które tak samo jak my uwielbiają bobry i piżmaki nie lubią ich jeść gotowanych tylko wolą surowe. I taki kolo z jaskini pewnie też by wolał. Jeszcze bardziej sprawa skomplikowana wydaje się z jajkiem? Że niby jakiś prymitywny hodowca kur postanowił że dzisiaj jajka wsadzimy na 5 minut do wrzącej wody a potem zjemy bo tak będzie śmiesznie? Myślę że nikt by na to nie wpadł. Nawet jeżeli to by lepiej smakowało. Patrzcie. Dzisiejsi ludzie nie mają skłonności żeby eksperymentować w ten sposób. Nikt nie ma ochoty wkładać kurczaka do galaretki owocowej mimo że może i to jest spoko i naprawdę dobre. Tak samo nikomu na przykład nie przyjdzie do głowy jedzenie chleba moczonego w sedesie pełnym wody w fasoli. Skoro nam to nie przychodzi na myśl to czemu jakiemuś bałwanowi z paleolitu przyszło na myśl żeby wsadzić żarcie (które pewnie miał raz na 5 dni bo wtedy sklepy słabo pracowały) do swojego kaloryfera... Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Ale za to odpowiedzi udzielę na rzecz którą odkryłem właśnie rozważając powyższe kwestie. Oczywiście nie zrobiłem tego sam (tylko z Draganem) bo najwięksi ludzie tworzą w grupach (Dragan nie jest duży). Otóż diozarły wyginęły bo jakiś właśnie prehistoryczny hodowca kur pokazał im jak się je jajka. I im to zasmakowało i zaczęły jeść jajka. A że były głupie i duże to jadły własne jajka. A że od jajek generalnie człowiekowi jest niedobrze (przynajmniej mnie) to potem puszczały pawia. I tak ani sie nie najadły ani nie miały dzieci. I wszystkie odwaliły kitę. I tyle. Poco tyle badań skoro jak zwykle okazało sie że jajko jest początkiem wszystkiego (w tym przypadku początkiem końca)...
Otóż o co chodzi. Generalnie na pomysł ten wpadłem tak jak każdy wielki człowiek wpada na swoje genialne pomysły: nie w laboratorium, nie w budynku uczelni ani nawet nie w mięsnym. Wpadłem na niego jedząc na śniadanie kanapkę z jajkiem i majonezem. I wtedy mnie olśniło. A w zasadzie zadałem sobie pytanie którego do dzisiaj nie do końca rozwikłałem. Otóż czy nie zastanawiało Was nigdy skąd wzięło się jedzenie? Tzn. jak to się stało że ludzie zaczęli jeść np. gotowane jajka? Albo pieczone mięso? Wydaje mi się że nie jest to takie błahe pytanie. Bo w sumie że niby jak to sobie wyobrażamy? Że jakiś tam pierwotniak z jaskini miał sobie ognisko żeby ogrzać swą pierwotniaczą dupę i jadł sobie przy nim surowego bobra. I nagle bóbr mu wpadł do ognia i tak smażył się przez 30 minut na wolnym ogniu. I po tych 30 minutach koleś go sobie wyją i zjadł i stwierdził że jest super dobre i teraz bobra zawsze będzie wkładał do ognia? Ogólnie jakoś mi się nie wydaje. Nie wiem czy w ogóle takiemu penerowi taki bóbr z popiołu by smakował. Ja wiem że nam się wydaje super pyszny i wszyscy lubimy bobra z ogniska. Ale np. kot czy pies które tak samo jak my uwielbiają bobry i piżmaki nie lubią ich jeść gotowanych tylko wolą surowe. I taki kolo z jaskini pewnie też by wolał. Jeszcze bardziej sprawa skomplikowana wydaje się z jajkiem? Że niby jakiś prymitywny hodowca kur postanowił że dzisiaj jajka wsadzimy na 5 minut do wrzącej wody a potem zjemy bo tak będzie śmiesznie? Myślę że nikt by na to nie wpadł. Nawet jeżeli to by lepiej smakowało. Patrzcie. Dzisiejsi ludzie nie mają skłonności żeby eksperymentować w ten sposób. Nikt nie ma ochoty wkładać kurczaka do galaretki owocowej mimo że może i to jest spoko i naprawdę dobre. Tak samo nikomu na przykład nie przyjdzie do głowy jedzenie chleba moczonego w sedesie pełnym wody w fasoli. Skoro nam to nie przychodzi na myśl to czemu jakiemuś bałwanowi z paleolitu przyszło na myśl żeby wsadzić żarcie (które pewnie miał raz na 5 dni bo wtedy sklepy słabo pracowały) do swojego kaloryfera... Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Ale za to odpowiedzi udzielę na rzecz którą odkryłem właśnie rozważając powyższe kwestie. Oczywiście nie zrobiłem tego sam (tylko z Draganem) bo najwięksi ludzie tworzą w grupach (Dragan nie jest duży). Otóż diozarły wyginęły bo jakiś właśnie prehistoryczny hodowca kur pokazał im jak się je jajka. I im to zasmakowało i zaczęły jeść jajka. A że były głupie i duże to jadły własne jajka. A że od jajek generalnie człowiekowi jest niedobrze (przynajmniej mnie) to potem puszczały pawia. I tak ani sie nie najadły ani nie miały dzieci. I wszystkie odwaliły kitę. I tyle. Poco tyle badań skoro jak zwykle okazało sie że jajko jest początkiem wszystkiego (w tym przypadku początkiem końca)...
wtorek, stycznia 22, 2008
Bober a'la Bober...
Opowiem Wam historię:
Były sobie 2 Bobry. Pewnego dnia, kiedy słoneczko świeciło a kwiaty pachły 2 Bobry wiedzione swoim bobrzym instynktem postanowiły coś zjeść. I tak udały się do lasu i znalazły tam piękne drzewo które w tym właśnie roku obrodziło w piękne i dorodne owoce. Bobry nie czekając na to aż ktoś im skosi taki skarb zjadły całe drzewo zostawiając owoce na ściółce leśnej (jak to Bobry). Po tej wzmożonej konsumpcji bobry udały się do swoich pozostałych 3 boberkowych przyjaciół. 3 Bobry też były głodne więc zjadły te 2 Bobry. I w ten sposób najadło się 5 bobrów.
Jest to typowy przykład na to że perpetum mobile istnieje. Innym przykładem jest Waldek który ma perpetum mobile bo każdą imprezę (wódka, paw, wódka, paw). Ale miałem dzisiaj napisać triller o tym jak zresetowałem kumplowi komputer. I co? I w zasadzie po tym jak powiedziałem o czym jest triller to opowiadanie go trochę straciło sens. I na pewno nie będzie już przynosił nikomu żadnego dreszczyku emocji. Dlatego postanowiłem opowiedzieć historię o Bobrach która jest bardzo emocjonująca i pouczająca. Ogólnie akcja z kompem była dość prosta. Było sobie kolokwium z Baz Danych. Pisałem sobie bazę danych i nagle wyskoczył komunikat że mój komputer zostanie wyłączony za 5 minut (taki wirus). Dlatego wysłałem swoje rozwiązania na serwer i żeby nie czekać aż mi się komputer sam zrestartuje postanowiłem chama nauczyć kto tutaj rządzi i potraktować go z przycisku i wyłączyć bez jego woli. Niestety jak to w salach informatycznych. Komp stoi obok kompa i jakoś nie przyszło mi na myśl że mój komp to jest ten po prawej stornie ekranu tylko nie namyślając się długo zresetowałem kompa kumplowi który siedział po mojej lewej foczej stronie. Dramat polegał trochę na tym że kompy te maja taka opcje że po wyłączeniu automatycznie usuwają całe gówno które studenckia brać na nich zostawiła podczas korzystania z nich. I tak kumpel po włączeniu nie miał już swojej pracy. Na szczęście miał jeszcze trochę czasu żeby to od tworzyć. Ale wyrzuty trochę mam (tak... mam sumienie... czasem)... Koniec.
A jutro opowieść o dinozaurach.
Foka
Były sobie 2 Bobry. Pewnego dnia, kiedy słoneczko świeciło a kwiaty pachły 2 Bobry wiedzione swoim bobrzym instynktem postanowiły coś zjeść. I tak udały się do lasu i znalazły tam piękne drzewo które w tym właśnie roku obrodziło w piękne i dorodne owoce. Bobry nie czekając na to aż ktoś im skosi taki skarb zjadły całe drzewo zostawiając owoce na ściółce leśnej (jak to Bobry). Po tej wzmożonej konsumpcji bobry udały się do swoich pozostałych 3 boberkowych przyjaciół. 3 Bobry też były głodne więc zjadły te 2 Bobry. I w ten sposób najadło się 5 bobrów.
Jest to typowy przykład na to że perpetum mobile istnieje. Innym przykładem jest Waldek który ma perpetum mobile bo każdą imprezę (wódka, paw, wódka, paw). Ale miałem dzisiaj napisać triller o tym jak zresetowałem kumplowi komputer. I co? I w zasadzie po tym jak powiedziałem o czym jest triller to opowiadanie go trochę straciło sens. I na pewno nie będzie już przynosił nikomu żadnego dreszczyku emocji. Dlatego postanowiłem opowiedzieć historię o Bobrach która jest bardzo emocjonująca i pouczająca. Ogólnie akcja z kompem była dość prosta. Było sobie kolokwium z Baz Danych. Pisałem sobie bazę danych i nagle wyskoczył komunikat że mój komputer zostanie wyłączony za 5 minut (taki wirus). Dlatego wysłałem swoje rozwiązania na serwer i żeby nie czekać aż mi się komputer sam zrestartuje postanowiłem chama nauczyć kto tutaj rządzi i potraktować go z przycisku i wyłączyć bez jego woli. Niestety jak to w salach informatycznych. Komp stoi obok kompa i jakoś nie przyszło mi na myśl że mój komp to jest ten po prawej stornie ekranu tylko nie namyślając się długo zresetowałem kompa kumplowi który siedział po mojej lewej foczej stronie. Dramat polegał trochę na tym że kompy te maja taka opcje że po wyłączeniu automatycznie usuwają całe gówno które studenckia brać na nich zostawiła podczas korzystania z nich. I tak kumpel po włączeniu nie miał już swojej pracy. Na szczęście miał jeszcze trochę czasu żeby to od tworzyć. Ale wyrzuty trochę mam (tak... mam sumienie... czasem)... Koniec.
A jutro opowieść o dinozaurach.
Foka
poniedziałek, stycznia 21, 2008
Klasa-Nasza warta mniej niż pasza...
Dobra. Piszę do Was tuż przed egzaminem z Baz Danych (zwanych Al-Kaidami). Jednak temat jest dla mnie tak palący że nie mogłem się doczekać kiedy wyrzucę to z siebie i będę miał spokój po wszeczasy i o jedną kalarepe dłużej. Więc co to chodzi. Chodzi o pewne zjawisko które zaistaniało jakieś kilkanaście miesięcy temu. Przez następne kilka miesięcy siedziało w swoim grajdole i nikomu nie przeszkadzało i nagle jakiś debil wygrzebał to dziadostwo z jego dziury i niczym Bóg pokazał wszystkim. A ludzie z radości zaczęli spożywać owce, leniwce, orangutany, płatki śniadaniowe i przetwory owocowe. Chodzi oczywiście o portal nasza-klasa.pl. Może to będzie teraz obrazoburcze i wiele osób będzie na mnie patrzało jak na wiewiórkę ale w cale nie zamierzam przyłączać się do wszystkich którzy mówią "och... dzięki naszemu wspaniałemu poratlowi udało nam się połączyć po latach...". Dupa, dupa, dupa... Ogólnie jestem zniesmaczony całą tą akcją z panem gąbką na czele. A w zasadzie to nie tyle jestem zniesmaczony co zadziwiony. Dziwi mnie to tym bardziej że sam się temu poddalem i teraz jak na to patrze to uważam że jestem pała i bucem. Po pierwsze: po raz pierwszy w historii widzieliśmy 4 miliony osób które z uporem świnki morskiej spędzało po 8 godzin dziennie próbując wejść na stronę która nie oferowała nic więcej niż obraz jakiegoś kawałka sera w kapeluszu w biedronki. Dziwi mnie że nikt nagle nie powiedział do siebie: "Dupa... jak mam czekać cały dzień żeby zobaczyć co u moich znajomych z przedszkola to mam to gdzieś i idę sobie". No właśnie. Drugą rzeczą jest to co już poruszyłem w przykładowym cytacie w poprzednim zdaniu. Co nas tak naprawdę obchodzi to co robią dzisiaj ludzie z którymi chodziliśmy 13 lat temu do szkoły. Jeżeli by nam tak naprawdę zależało na nich to byśmy nie zrywali z nimi kontaktu. Pomijam tutaj jakieś dramatyczne sytuacje w których źli ludzie siłą oddzielili nas od naszych przyjaciół i zamkneli w klatce na 5 lat i teraz nie wiemy co się działo. Po trzecie ja osobiści uważam że ludzie wcale nie mają takiego pędu do poznawania swoich dawnych znajomych. W zasadzie co mnie interesuje ktoś kogo nie widziałem 12 lat i nie mam z nim związanych żadnych wspomnień. Mniej więcej tak samo dużo nas łączy z tymi ludźmi co z paniami które sprzedają mięso w biedronce. I przyszłość tego wszystkiego jest taka że jak już wszystkich zaprosimy do naszych znajomych to ich wszystkich olejemy bo okaże się że wcale nie są interesujący. Na ten przykład ja mam 200 znajomych i może gadałem z 8 osobami. I wcale mnie te rozmowy nie wciągneły. Czwartą rzeczą która mnie fascynuje jest to że po raz pierwszy na masową skalę ludzie zdecydowali się w internecie wyjść z ukrycia i pokazać swoje wiejskie twarze. Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę ale tak naprawdę nasza-klasa jest to jedyne miejsce na świecie (poza książką telefoniczną) w którym mamy adresy do 4 milionów ludzi których możemy znaleźć po imieniu i nazwisku. Oglądamy taniec z gwiazdami. Widziamy Kasia Tusk. Myślimy fajna laska. Idziemy do kompa. Wpisujemy Kasia Tusk i jeżeli Pan Premier nam z telewizora nie powie: "łapy precz od mojej córki" to spokojnie możemy sobie z Nią nawiązywać kontakt. Dziwne. Tyle lat się ludzie ukrywali pod pseudonimami żeby teraz wszystkim się ujawnić na jakimś badziewnym forum tylko po to żeby zobaczć że Kasia z przedszola jest teraz przedszkolanką a Mietek z podstawówki jest teraz w podstawówce. I teraz ostatnia rzecz. Zastanówmy się trochę czy popularność tego wszystkiego nie jest po trochu taką typową polską cnotą która polega na tym że ujawniamy się w takich miejscach nie po to żeby zobaczyć starych ziomków. Tylko po to żeby pokazać że nam się lepiej powodzi niż innym i zarazem mieć satysfakcję z tego że ten który nam kiedyś w szkole dokuczał teraz kisi ogórka w biedronce w częstochowie a ja jestem mega zajebistym studentem z Wyższej Szkoły Kulty Społecznej i Medialnej im. Św. Tadeusza Rydzyka w Toruniu?... Czekam na komentarze. A więc: Nasza-klasa kutasa nie okrasza...
Foka
Foka
niedziela, stycznia 20, 2008
Hryczyczyczek...
Oto zagadka. Co to jest: jest pomarańczowe i kopie? Oczywiście koparka. A co to jest czarne i kopie? Jeszcze bardziej oczywiste że jest to cień koparki. A teraz co to jest: szare i kopie? Nie... nie jest to zpopielona koparka ani nie jest to koparka albinos. Szary i kopiący jest oczywiście (jak się pewnie wszyscy domyślili po tytule) Chomik! I to nie byle jaki bo Dżungalski. Ale szarość i kopiącość nie są jego jedynymi zaletami. Jest też mały i się wspina i ma czarne oczka i gryzie kraty i domek w klatce. Pewnie teraz wszyscy nie mogą z podniecenia wysiedzieć bo zastanawiają się po kiego grzyba wasza Foka pisze o jakiś Chomikach i to jeszcze Dżungalskich. Otóż to. Od listopada ubiegłego roku Foka jest dumnym posiadaczem takiego właśnie Chomika. A w zasadzie jego połowy bo druga połowa jest okupowana przez Foke Alinę. Nie jest też jasne która połowa chomika jest moja. Foka Alina twierdzi że chomik jest podzielony wzdłuż, ale coś czuje że Alinka jednak zajęła te lepsze części Choma i mnie została tylko dupka, pachy i kakaowe oko (które to oko jest niewidoczne na szarym futrze Choma tak że części moich posiadłości nigdy nie widziałem). Chomik na też szereg dodatków które powodują że czasami mam ochotę sprzedać swoje udziały w nim i wyjechać na Seszele... Otóż dziad wygryza dziury w różnych badziewach, robi co noc prawdziwą borutę oraz w ogóle nie chce biegać w kółku. Tak się już cieszylem. Kupiłem turystyczny generator prądu, podłączyłem do kółka a on nie biega. Czasami go ręką próbuje tam zagonić ale raczej jest oporny na inowacje. Za to ma Edward (imie Choma) kule do biegania w niej. Ogólnie fajne urządzenie. Wkładasz choma i puszczasz na chatę i on sobie chodzi i jest ok. Przed snem się wyszaleje i potem w nocy nie napierdala. Jednak ostatnio w ferworze walki przed kołem z matematyki wychodząc z pokoju i udając się w kierunku kibla niestety nie zauwarzyłem że chom akurat sobie jedzie po korytarzu. Efekt tej akcji można podsumować jednym stwierdzeniem. Chomik teraz dokładnie wie jak czuje się piłka podczas finału Ligi Mistrzów. Gola nie było bo trafiłem w scianę. Ogólnie to teraz troche się boi wchodzić do tej kuli ale ja go nauczę. I to tyle na tyle opowieści o moim Hryczyczyczku (chom po czesku).
Oczekujcie na dalsze częsci moich wywodów.
A oto plan na nastepne pare dni:
Jutro: Filozoficzno-Obrazoburcze wywody pod tytułem: "Nasza-klasa nie warta kutasa"
Pojutrze: Triller o tym jak zresetowałem kumplowi komputer pod koniec kolokwium z baz danych.
W następne dni: Aktykuł naukowy o tym dlaczego wymarły dinozaury (bo jadłu jajka)...
Oczekujcie na dalsze częsci moich wywodów.
A oto plan na nastepne pare dni:
Jutro: Filozoficzno-Obrazoburcze wywody pod tytułem: "Nasza-klasa nie warta kutasa"
Pojutrze: Triller o tym jak zresetowałem kumplowi komputer pod koniec kolokwium z baz danych.
W następne dni: Aktykuł naukowy o tym dlaczego wymarły dinozaury (bo jadłu jajka)...
sobota, stycznia 19, 2008
Regresja... Degresja...
Regresja... Degresja... Antyprogresja... Dekoniunktura... Pochodna ujemna... Ujemne nachylenie... Nachylenie spadkowe... Spadki na giełdzie... Na giełdzie bessa... bessa życia... życie bez celu... Kryzys roku III. Nowego... Czy lepszego? Zależy od pytającego... Zapewne innego. Parzystego. 2008. Ale i nieparzystego. Trzeciego. Wielkie odkrycie tego, że dyplom jest to niczego. Głupie jest też to że nie ma niczego lepszego. Ani trudniejszego. Ani łatwiejszego. Ludzka twarz doktorów którzy dają oceny za aktywność a zarazem wpisują dynie z satysfakcją. Opowieści o matematycznej stronie ekonomii. I co z tego? Skoro i tak nikt o tym nie wie? A skoro nikt o tym nie wie to poco my mamy o tym wiedzieć? Na pewno nas nikt o to nie zapyta. Eksterminacja heteroskedatyczności modelu. Heteroskedastyczność modelu? To zmienne odchylenia od degresji życia. Dowód egzystencjalności cybernetyki ekonomicznej. Wystarczy jedna linijka. Dowodem jest to że o niej piszemy. To co ? Pijemy za studia? Nie... ja jestem z cybernetyki... i za to nie pije...
piątek, stycznia 18, 2008
Back in black...
To ptak! Nie to samolot! Nie to Foka wraca na swojego bloga. Ogólnie co się stało? Nic. Ostatnio wszedłem sobie tutaj i zacząłem czytać to co tutaj kiedyś produkowałem i postanowiłem znów coś pisać. Może ktoś będzie to czytał a może nie. Jeżeli tak to oklaski jeżeli nie to palec w oko.
Więc co się działo przez ostatnie 2 lata. Ogólnie nic ciekawego. Przeczekaliśmy Kaczorów. Ciężki to był czas dla nas wszystkich ale już koniec i możemy się cieszyć. Ogólnie można to wszystko skwitować jedną zdaniem. 2 lata rządów ludzi którzy postawili sobie za cel pokazać nam wszystkim wszelkie zamaskowane układy i inne żydo-masoneryjne formacje dowiodły faktu że żadnego układu nie ma i nigdy nie było. A masoni są tak jak zawsze byli.
Co jeszcze. Otóż mamy bessę na giełdzie. Oczywiście wszyscy mówią że spadki są tylko przejściowe i za 2 miesiące znów wszyscy będziemy się taplać w spekulacyjnym szmalu. Ale nie dajmy się zmylić. Od roku raczej nie można zarobić na giełdzie. Nawet jeżeli na imię mamy Warren a na nazwisko Buffett.
I co jeszcze. Nic. Foka jest taka jak była. Może mniej groteskowa i mnie surrealistyczna ale się rozkręci. Tak tak. Ja wam jeszcze pokaże. Pokaże Wam Ja jeszcze...
Foka
Więc co się działo przez ostatnie 2 lata. Ogólnie nic ciekawego. Przeczekaliśmy Kaczorów. Ciężki to był czas dla nas wszystkich ale już koniec i możemy się cieszyć. Ogólnie można to wszystko skwitować jedną zdaniem. 2 lata rządów ludzi którzy postawili sobie za cel pokazać nam wszystkim wszelkie zamaskowane układy i inne żydo-masoneryjne formacje dowiodły faktu że żadnego układu nie ma i nigdy nie było. A masoni są tak jak zawsze byli.
Co jeszcze. Otóż mamy bessę na giełdzie. Oczywiście wszyscy mówią że spadki są tylko przejściowe i za 2 miesiące znów wszyscy będziemy się taplać w spekulacyjnym szmalu. Ale nie dajmy się zmylić. Od roku raczej nie można zarobić na giełdzie. Nawet jeżeli na imię mamy Warren a na nazwisko Buffett.
I co jeszcze. Nic. Foka jest taka jak była. Może mniej groteskowa i mnie surrealistyczna ale się rozkręci. Tak tak. Ja wam jeszcze pokaże. Pokaże Wam Ja jeszcze...
Foka
środa, sierpnia 16, 2006
Annał...
Mimo trzęsących sie ze złości rąk i wypływającej przez zranione serce duszy pisze ten post aby uhonorować coś co miało nigdy nie przetrwać a jednak przetrwało tak długi czas. Dzisiejszego dnia o godzinie 22:47 minie dokładnie 1 rok odkiedy pierwszy raz napisałem posta na tym blogu. Nigdy nie myślałem że to sie uda. Mimo wzlotów i upadków, mimo lepszych i gorszych dni, mimo różnic w zdaniach i koncepcjach, mimo wszystkich przeciwności losu ten blog nadal trwa i mam nadzieje że trwać będzie. Ten blog może się wielu nie podobać. Niektórzy mogą uważać że jest mało śmieszny albo odrażający albo mało merytoryczny albo mało religijny. Ale to mnie nie obchodzi. Nawet ja sam moge uważać że to co pisze nie zawsze jest zgodne z moimi oczekiwaniami, że mój styl pisania nie ma zadowalającego mnie polotu, flowu. Ale tak łatwo nie pozostawie tego w co włorzyłem tyle pracy i tyle serca. Oto jestem ja! Stoje tutaj przed Wami, z obdartymi z szat uczuciami. Czytając tego bloga czytacie moje wnętrze, moje życie. Jedyne pytanie czy coś z tego rozumiecie. Sto lat, sto lat...
Foka
wtorek, sierpnia 15, 2006
Annał...
Mimo trzęsących sie ze złości rąk i wypływającej przez zranione serce duszy pisze ten post aby uhonorować coś co miało nigdy nie przetrwać a jednak przetrwało tak długi czas. Jutro o godzinie 22:47 minie dokładnie 1 rok odkiedy pierwszy raz napisałem posta na tym blogu. Nigdy nie myślałem że to sie uda. Mimo wzlotów i upadków, mimo lepszych i gorszych dni, mimo różnic w zdaniach i koncepcjach, mimo wszystkich przeciwności losu ten blog nadal trwa i mam nadzieje że trwać będzie. Ten blog może się wielu nie podobać. Niektórzy mogą uważać że jest mało śmieszny albo odrażający albo mało merytoryczny albo mało religijny. Ale to mnie nie obchodzi. Nawet ja sam moge uważać że to co pisze nie zawsze jest zgodne z moimi oczekiwaniami, że mój styl pisania nie ma zadowalającego mnie polotu, flowu. Ale tak łatwo nie pozostawie tego w co włorzyłem tyle pracy i tyle serca. Oto jestem ja! Stoje tutaj przed Wami, z obdartymi z szat uczuciami. Czytając tego bloga czytacie moje wnętrze, moje życie. Jedyne pytanie czy coś z tego rozumiecie. Sto lat, sto lat...
Czy ty wiesz, czy nie, że jesteś złym Buhha synem!?
Chlip...Taak...mniej wiecej tak....tyle że Foka jednak skłamał w tym poście - Sorry Foka ale temat o pierdzeniu i bekaniu sam mi się nasuwa... mianowicie jedyna osoba która przez Alina została oduczona od bekania i pierdzenia byłeś ty a to itak nie do końca. Więc nie siej tutaj swej szatańskiej propagandy i nie umniejszaj naszego prestiżu! Co więcej!! Alin sam również pragnął nauczyć się bekania Waldkowego jednak jej nie wyszło.
Ja również dodam coś od siebie do tej partii materiału w imię naszej spółki. Głównym hasłem wyzjazdu bezsprzecznie trzeba okrzyknąć słowo: Dziwko!! które choć nie jest naszym wymysłem jak np. "Wytrzeszcz paliszcza" było używane w absolutnie każdych okolicznościach. Powstało też znamienne pojęcie ATAKU GORYLA który to atak goryla jest szeregiem czynności wykonnanych sekwencyjnie przezemnie na Zalasie z "Uściskiem Cobry" i "Mieczysławem" włącznie. Atak goryla wiąże się również z wydawaniem gorylich dźwięków i podskakiwaniem na łóżku co Zalas określił jako groteskowe a czego wszyscy byliśmy świadkami.
Znamienitym elementem wyjazdu wydaje mi się również pierwszy dzień pobytu w Świnoujściu...z którego mama, która dzwoniła do mnie o 23 mogła by wywnioskować że grzecznie wcześnie poszliśmy spać. Bo owszem o godzinie 23 wszyscy już dawno spaliśmy jak aniołki...a zwłaszcza ja...mimo iż zostałem przez zalasa brutalnie na ziemię zrzucony. W zasadzie o przebiegu tamtego...hmm....wczesnego popołudnia :) dowiedzieliśmy się na drugi dzień poprzez wspólną wymianę zapamiętanych faktów (których ja niestety nie posiadałem zbyt wiele...) W każdym razie rysunki na moim czole i rozbite kolano były niewątpliwe doskonałymi dowodami w dochodzeniu. Również w czasie naszego poniedziałkowego "pikniku" miało miejsce mistrzowskie targowanie się przezemnie o 2 nalewki w sklepie. Kosztowały one boweim po 6.50 każda a ja chciałem nabyć 2 za 10 złotych. Brak pieniędzy skłonił mnie nawet do powiedzenia sklepowej wielkości gdańskiej szafy że jest "Piękna jak kwiatuszek" i 10 minutowe targi...Pani ze sklepu jednak była "Dziwką!" więc powiedziałem jej, iż jej mąż,(o którym w czasie całej sytuacji wspominała) jest idiotą że sie z nią ożenił i wyszedłem z dwiema nalewkami kupionymi jednak za 13 zł...Jednak nawet ten smutny fakt entuzjazmu zniszczyć naszego nie zdołał.
Bardzo ważnym elementem wyjazdu był również MMMMMMMMMMMMÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓZZZZZZZZGGGGGGG!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - jeżeli ktoś chce się dowiedzieć cóż to takiego - odsyłam do Materaca...on chętnie każdemu pokaże co to znaczy...:D. Materac zaprezentował nam również inne sztuczki o których na łamach tego blogu jednak nie wspomne bo by mnie jeszcze zbił.
Taaaak....a żeby zakończyć tego posta coś z zakończenia wyjazdu... W przedziale jechaliśmy z przesympatyczną moherową babcią. Otóż moherowa babcia najpierw kazała wszystkim przesówać swoje plecaki gdyż ona chce (ona chce!!) żeby jej torba była dokładnie w tym miejscu, gdzie akurat wolnego miejsca nie było); następnie przez całą drogę czytała ambitną gazetę Fakt oraz jakieś moherowe pismo kościelne którego tytułu nie pamietem, z obrzydzeniem patrząc na nasze: Polityki ( a fe!) Focusy i o zgrozo "Świat Według Clarksona". Miała również to wielkie nieszczęście słyszeć naszą rozmowę w którym to foka powiedział: Zajebiście a później: Ja pierdole! co ją tak zbulwersowało że najpierw kazała nam uważać na słownictwo a potem wyszła i jechała na korytażu...poezja:D...
No to pa dzieci! Aha ja tez sie dołączam do Fasoli tzn. Kaczkinsa tzn. Foki :) z podziekowaniami za zajebisty wyjazd Dziwwwki!!
Ja również dodam coś od siebie do tej partii materiału w imię naszej spółki. Głównym hasłem wyzjazdu bezsprzecznie trzeba okrzyknąć słowo: Dziwko!! które choć nie jest naszym wymysłem jak np. "Wytrzeszcz paliszcza" było używane w absolutnie każdych okolicznościach. Powstało też znamienne pojęcie ATAKU GORYLA który to atak goryla jest szeregiem czynności wykonnanych sekwencyjnie przezemnie na Zalasie z "Uściskiem Cobry" i "Mieczysławem" włącznie. Atak goryla wiąże się również z wydawaniem gorylich dźwięków i podskakiwaniem na łóżku co Zalas określił jako groteskowe a czego wszyscy byliśmy świadkami.
Znamienitym elementem wyjazdu wydaje mi się również pierwszy dzień pobytu w Świnoujściu...z którego mama, która dzwoniła do mnie o 23 mogła by wywnioskować że grzecznie wcześnie poszliśmy spać. Bo owszem o godzinie 23 wszyscy już dawno spaliśmy jak aniołki...a zwłaszcza ja...mimo iż zostałem przez zalasa brutalnie na ziemię zrzucony. W zasadzie o przebiegu tamtego...hmm....wczesnego popołudnia :) dowiedzieliśmy się na drugi dzień poprzez wspólną wymianę zapamiętanych faktów (których ja niestety nie posiadałem zbyt wiele...) W każdym razie rysunki na moim czole i rozbite kolano były niewątpliwe doskonałymi dowodami w dochodzeniu. Również w czasie naszego poniedziałkowego "pikniku" miało miejsce mistrzowskie targowanie się przezemnie o 2 nalewki w sklepie. Kosztowały one boweim po 6.50 każda a ja chciałem nabyć 2 za 10 złotych. Brak pieniędzy skłonił mnie nawet do powiedzenia sklepowej wielkości gdańskiej szafy że jest "Piękna jak kwiatuszek" i 10 minutowe targi...Pani ze sklepu jednak była "Dziwką!" więc powiedziałem jej, iż jej mąż,(o którym w czasie całej sytuacji wspominała) jest idiotą że sie z nią ożenił i wyszedłem z dwiema nalewkami kupionymi jednak za 13 zł...Jednak nawet ten smutny fakt entuzjazmu zniszczyć naszego nie zdołał.
Bardzo ważnym elementem wyjazdu był również MMMMMMMMMMMMÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓZZZZZZZZGGGGGGG!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - jeżeli ktoś chce się dowiedzieć cóż to takiego - odsyłam do Materaca...on chętnie każdemu pokaże co to znaczy...:D. Materac zaprezentował nam również inne sztuczki o których na łamach tego blogu jednak nie wspomne bo by mnie jeszcze zbił.
Taaaak....a żeby zakończyć tego posta coś z zakończenia wyjazdu... W przedziale jechaliśmy z przesympatyczną moherową babcią. Otóż moherowa babcia najpierw kazała wszystkim przesówać swoje plecaki gdyż ona chce (ona chce!!) żeby jej torba była dokładnie w tym miejscu, gdzie akurat wolnego miejsca nie było); następnie przez całą drogę czytała ambitną gazetę Fakt oraz jakieś moherowe pismo kościelne którego tytułu nie pamietem, z obrzydzeniem patrząc na nasze: Polityki ( a fe!) Focusy i o zgrozo "Świat Według Clarksona". Miała również to wielkie nieszczęście słyszeć naszą rozmowę w którym to foka powiedział: Zajebiście a później: Ja pierdole! co ją tak zbulwersowało że najpierw kazała nam uważać na słownictwo a potem wyszła i jechała na korytażu...poezja:D...
No to pa dzieci! Aha ja tez sie dołączam do Fasoli tzn. Kaczkinsa tzn. Foki :) z podziekowaniami za zajebisty wyjazd Dziwwwki!!
poniedziałek, sierpnia 14, 2006
Friendship never ends...
Dzisiejszego pięknego dnia chciałbym sobie pozwolić na krótkie podsumowanie tego co wydarzyło się w ostatnich dniach mojego życia (co nie znaczy że umarłem) albowiem myśle że było to bardzo spektakularne i napewno wszyscy czytający tego bloga z cebulami na oczach wyczekują mojej relacji z tych wydarzeń. Więc ruszamy.
Otóż tak. Zacznijmy może od miejsca które było świadkiem tych wydarzeń. Tym chwalebnym miejscem były 2 miejsca: Wrocław i Świn(i)oujscie i może leciutko Międzyzdroje. Jeżeli miałbym scharakteryzować te 2,5 miejsca to bym powiedział że Wrocłąw jest zajebisty bo jest ładny rynek i dobre i piwo ale ciągle pada, Świnoujscie jest do dupy bo siedzą tam tylko stupięćdziesięciosiedmioletni Niemcy z Wehrmahtu, a Międzyzdroje są fajne bo jest tam ostra pizza i fajny salon gier.
Mówiąc bardziej szczegółowo wydarzenia które miały miejsce w wyżej wymienionnych ośrodkach władzy nad herbatnikami miały najczęściej swój jedyny i nie powtarzalny schetmat który od wieków towarzyszy naszej ekipie wyjazdowej (Wal, Zal, Mat, Much, Fok). Schemat ten polega na tym że Wal budzi sie o 8 rano i tak Go nosi że musi wszystkich obudzić, potem wszyscy leżą do 12 w łóżkach żeby tak o 13 się przenieść na plaże tylko poto żeby tam dalej leżeć (ewentualnie można iść na spacer) w oczekiwaniu na wielki finał którym będzie wieczorne spożywanie alkoholu. W sumie jedynym nowym elementem tego wyjazdu było to że nastąpiła znaczna synteza naszej ekipy wyjazdowej z pewną ekipa dziewczyn w składzie: Alin Wielki, Różowa, Karp oraz Kieca. Ale to nie wszystko. Był też jeden dodatkowy uczestnik wydarzeń w osobie Mietka, który to Mietek bezczelnie ukrywał się całymi dniami gdzieś pod dywanem poto tylko żeby 3 krotnie ujawnić swoją obecność. Pierwszy raz ujawnił już się we Wrocku gdzie to z sobie tylko znajomych przyczyn bezwstydnie wyrzygał się do zlewu i wanny co spowodowało wielkie zamiszenie i wzajemną nieufność wśród uczestników wycieczki. Drugi raz ujawnił się już w przedostatni dzień pobytu w Świnoujściu poto żeby w do dzisiaj niewyjaśniony sposób naznaczyć ścianę przy której stało moje łóżko szeregiem kropek różnej wielkości również pochodzenia rzygowego. Trzeci raz Mietek nie miał już co robić więc z nudów pocio dziewczyna podpaski na kiblu i zostawił je na pastwę losu.
Generalnie nie moge zapomnieć także o pewnej młodej damie która przyłączła sie do nas i zwie się Alina. Wprowadziła Ona dośc dużo do tego wyjazdu albowiem większość czasu spędziłem z Nią przez co nie leżałem w łózku do 12 tylko chodziłem na spacery, pojechaliśmy sobie do Międzyzdroi, gralismy na automatach, jedliśmy pizze, chodziliśmy w nocy na plaże, rano jedliśmy jajecznice, szukaliśmy zupy pomidorowej, chodziliśmy do oceanarium i pływałem statkiem. Należy także dodać że Alina przepiła wszystkich moich kumpli na tej wycieczce co jest wyczynem napewno nie lada, oraz zmusiła Ich do zaprzestania pierdzenia i bekania co jest wyczynem tak nieprawdopodobnym że aż strach o tym myśleć.
Na tym kończe moją relacje. Na koniec chciałbym jeszcze wszystkim serdeczne podziekować za razem spędzony czas i wyrazić oczekiwanie że za rok znów się spotkamy na wakacjach (może tym razem w miejscu gdzie zamiast starych niemców są młodzi polacy).
PS: A oto jeden z najbardziej groteskowych tekstów jaki usłyszałem na tym wyjeździe:
(F)oka, (G)ość w barze z kebabem z wielkimi wytrzeszcoznymi oczami:
F: prosze rollo kebab
G: jaki?
F: mały
G: nie ma
F: to średni
G: nie ma
F: to jaki jest?
G: jest tylko duży
F: to poco sie Pan pyta jaki?
Otóż tak. Zacznijmy może od miejsca które było świadkiem tych wydarzeń. Tym chwalebnym miejscem były 2 miejsca: Wrocław i Świn(i)oujscie i może leciutko Międzyzdroje. Jeżeli miałbym scharakteryzować te 2,5 miejsca to bym powiedział że Wrocłąw jest zajebisty bo jest ładny rynek i dobre i piwo ale ciągle pada, Świnoujscie jest do dupy bo siedzą tam tylko stupięćdziesięciosiedmioletni Niemcy z Wehrmahtu, a Międzyzdroje są fajne bo jest tam ostra pizza i fajny salon gier.
Mówiąc bardziej szczegółowo wydarzenia które miały miejsce w wyżej wymienionnych ośrodkach władzy nad herbatnikami miały najczęściej swój jedyny i nie powtarzalny schetmat który od wieków towarzyszy naszej ekipie wyjazdowej (Wal, Zal, Mat, Much, Fok). Schemat ten polega na tym że Wal budzi sie o 8 rano i tak Go nosi że musi wszystkich obudzić, potem wszyscy leżą do 12 w łóżkach żeby tak o 13 się przenieść na plaże tylko poto żeby tam dalej leżeć (ewentualnie można iść na spacer) w oczekiwaniu na wielki finał którym będzie wieczorne spożywanie alkoholu. W sumie jedynym nowym elementem tego wyjazdu było to że nastąpiła znaczna synteza naszej ekipy wyjazdowej z pewną ekipa dziewczyn w składzie: Alin Wielki, Różowa, Karp oraz Kieca. Ale to nie wszystko. Był też jeden dodatkowy uczestnik wydarzeń w osobie Mietka, który to Mietek bezczelnie ukrywał się całymi dniami gdzieś pod dywanem poto tylko żeby 3 krotnie ujawnić swoją obecność. Pierwszy raz ujawnił już się we Wrocku gdzie to z sobie tylko znajomych przyczyn bezwstydnie wyrzygał się do zlewu i wanny co spowodowało wielkie zamiszenie i wzajemną nieufność wśród uczestników wycieczki. Drugi raz ujawnił się już w przedostatni dzień pobytu w Świnoujściu poto żeby w do dzisiaj niewyjaśniony sposób naznaczyć ścianę przy której stało moje łóżko szeregiem kropek różnej wielkości również pochodzenia rzygowego. Trzeci raz Mietek nie miał już co robić więc z nudów pocio dziewczyna podpaski na kiblu i zostawił je na pastwę losu.
Generalnie nie moge zapomnieć także o pewnej młodej damie która przyłączła sie do nas i zwie się Alina. Wprowadziła Ona dośc dużo do tego wyjazdu albowiem większość czasu spędziłem z Nią przez co nie leżałem w łózku do 12 tylko chodziłem na spacery, pojechaliśmy sobie do Międzyzdroi, gralismy na automatach, jedliśmy pizze, chodziliśmy w nocy na plaże, rano jedliśmy jajecznice, szukaliśmy zupy pomidorowej, chodziliśmy do oceanarium i pływałem statkiem. Należy także dodać że Alina przepiła wszystkich moich kumpli na tej wycieczce co jest wyczynem napewno nie lada, oraz zmusiła Ich do zaprzestania pierdzenia i bekania co jest wyczynem tak nieprawdopodobnym że aż strach o tym myśleć.
Na tym kończe moją relacje. Na koniec chciałbym jeszcze wszystkim serdeczne podziekować za razem spędzony czas i wyrazić oczekiwanie że za rok znów się spotkamy na wakacjach (może tym razem w miejscu gdzie zamiast starych niemców są młodzi polacy).
PS: A oto jeden z najbardziej groteskowych tekstów jaki usłyszałem na tym wyjeździe:
(F)oka, (G)ość w barze z kebabem z wielkimi wytrzeszcoznymi oczami:
F: prosze rollo kebab
G: jaki?
F: mały
G: nie ma
F: to średni
G: nie ma
F: to jaki jest?
G: jest tylko duży
F: to poco sie Pan pyta jaki?
piątek, sierpnia 04, 2006
Rozwiązanie do testu na IQ...
A teraz moi mili jestem Wam wszystkim winny odpowiedzi na pytania które składały się na mój własny, pierwszy i wyjątkowy Test IQ.
Otóż prawidłowa odpowiedź która dawała odpowiadającemu IQ rowne 220 (czyli takie jak moje) brzmi:
"Ucho od kubka służy do trzymana kubka".
Wszystkie osoby które udzieliły odpowiedzi innej niż ta prawidłowa mają jakieś IQ z przedziału: <70;219>
Niestety nikt nie udzielił prawidłowej odpowiedzi dlatego nagrodę dla osoby o najwyższym IQ przyznaje sobie.
Otóż prawidłowa odpowiedź która dawała odpowiadającemu IQ rowne 220 (czyli takie jak moje) brzmi:
"Ucho od kubka służy do trzymana kubka".
Wszystkie osoby które udzieliły odpowiedzi innej niż ta prawidłowa mają jakieś IQ z przedziału: <70;219>
Niestety nikt nie udzielił prawidłowej odpowiedzi dlatego nagrodę dla osoby o najwyższym IQ przyznaje sobie.
Foka
Joint Venture
Tak moi mili. Każdy kto kiedy kolwiek mial przedmiot pod tytułem Podstawy Zarządzania (ewentualnie SOiZ) wie że każde przedsiebiorstwo przechodzi w zwoim życiu pewnien cykl który składa się z pewnych etapów w których przedsiębiorstwo ma różne strategie i różne struktury. Zmiany w wymienionych elementach najczęsciej wywoływane są przez kryzysy. I tak nowe przededsiębiortsto zakładane jest najczęsciej przez paru młodych ludzi którzy mieli pomysł na coś... jak to by powiedział Farat... na jakiś biznes. Najczęsciej są to jacyś wynalazcy którzy wymyślili naprzykład nowy rewolucyjny termos i teraz zakłądają firmę która będzie zajmowała się sprzedarzą Ich wynalazku. Dokonują Oni coraz to nowszych udoskonaleń w swym wynalazku przez co firma może się rozwijać. Ale nagle przychodzi pierwszy kryzys nazywany kryzysem kreatywności. Ludzie nie mogą w nieskończoność wymyślać rewolucyjnych rozwiązań. I dlatego przedsiębiorstwo przekształca się w nowy twór który zajmuje sie najczeście rozwijaninem wypracownych już technologii i jest zarządzany już najczęsciej nie przez załorzycieli ale rpzez profesjonlaną kadre zarządzająca. Następuje rozwój przed standardyzacje.
Tak tytułm krótkiego wstępu teoretycznego chciałem zacząć to co chce teraz powiedzieć. Otóż mój blog jest właśnie takim przedsiębiorstwem które przechodzi właśnie kryzys kreatywności. Dlatego postanowiłem dodać mu troche nowej krwi i podzielić się nim z innymi. Wszak każdy wie że do rozwoju potrzeba dużo kapitału. I takim kapitałem jest właśnie Waldek który od dzisiaj także będzie tutaj troche pisał. Napewno przyciągnie to też więcej ludzi czytających tego bloga albowiem nie tylko moi znajomi będzą to czynić ale także Jego.
Foka
PS do Waldka: nie lubie tematów o pierdzeniu!!
TAko rzecze WAL
Ostatnio dowiedziałem sie ze jestem lanserem i ze uważam że jestem lepszy od innych...wiec wypadało by w moich nowych cechach i zainteresowaniach wpisac lansowanie sie...chyba...tylko nie wiem, czy bedac lanserem moge dopuszczać się pewnych zachowan które towarzyszyły mi w moim poprzednim nie - lanserskim życiu...(a więc do przedwczoraj).
Mianowicie na pierwszy plan wysówa się problem picia nalewek. Czy nalewki są lanserskie? Myśle, że jest to sprawa dyskusyjna i zależy od tego w jakich grupach społecznych zamierzamy się lansować. Nalewki mogą być bowiem wysoce lanserskie ale tylko w grupach wiekowych od 13-15 lat. Nalewkami można również lansować się w towarzystwie Żuli, aczkolwiek muszą być to Żule radykalne tzw. menele. Żul porządny nie pija bowiem nalewek co najwyżej wina tanie. Tak więc cóż mam czynić aby nie zepsuć mojego wizerunku lansera i szpanera pijąc dalej nalewki?
Pewien pomysł powstał w mojej głowie za sprawą Piotra L który to nosił do szkoły wysoce lanserski termos. Do takiego termosu można by Nalewkę wlewać aby móc się lansować za pomocą termosu w czasie picia ukochanego trunku, łącząc przyjemne z porzytecznym. Problem mógłby jedynie wzbudzić brak pary wydobywającej się z termosu wieć trzeba by daną nalewkę podgrzac. Podgrzanie nalewki zmniejsza jednak jej użyteczność i pogarsza walory smakowe...jednak dla lansu trzeba cierpieć...
Kolejnym problemem jest sprawa natury fizjologicznej - tzn. wydalanie z siebie nadmiaru gazów za pomocą otworu cielesnego, który normalnie służy do pompowania boską esencją szczepana - tak jak dziupla w drzewie. Nie owijając dalej w bawełne chodzi mi o dupe i o głośne pierdzenie. Głośnie pierdzenie - problem złożony i skomplikowany co prawda może być lanserskie ale tylko w bardzo ograniczonych warunkach. Np. Foka, nie dalej jak wczoraj doskonale wylansował się za jego pomocą tworząc płomień który oświetlił całą woprówkę i wzbudził niemały aplauz. Dodatkowo trzeba nadmienić że pierdnięcie może być lanserskie tylko w określonych grupach bardzo dobrze znających sie ludzi, przed którymi lansować się nie trzeba. Może także zmniejszyc prestiż o czym doskonale wie Materac.
Wydaje mi się, że jedyną metodą na pierdzenie nie psujące lansu jest metoda wynaleziona przez moją wspaniałą współlokatorkę (tak tak!! wspołlokatorkĘ), która kiedy nie chce piernąć głośno rozchyla pośladki za pomocą rąk. Według niej jest to doskonała metoda pierdzenia w towarzystwie tak żeby nikt się nie zorientował....hmmm....jestem ciekawy jak to wygląda....
Dalsze rozterki z życia prawdziwego lansera już niebawem bo ide na obiad.
Waldemar....Absolwent WSLiB (Wyższej Szkoły Lansu i Baunsu) oraz WSUZJLOD (Wyższej Szkoły Uważania Że Jestem Lepszy Od Innych)
Mianowicie na pierwszy plan wysówa się problem picia nalewek. Czy nalewki są lanserskie? Myśle, że jest to sprawa dyskusyjna i zależy od tego w jakich grupach społecznych zamierzamy się lansować. Nalewki mogą być bowiem wysoce lanserskie ale tylko w grupach wiekowych od 13-15 lat. Nalewkami można również lansować się w towarzystwie Żuli, aczkolwiek muszą być to Żule radykalne tzw. menele. Żul porządny nie pija bowiem nalewek co najwyżej wina tanie. Tak więc cóż mam czynić aby nie zepsuć mojego wizerunku lansera i szpanera pijąc dalej nalewki?
Pewien pomysł powstał w mojej głowie za sprawą Piotra L który to nosił do szkoły wysoce lanserski termos. Do takiego termosu można by Nalewkę wlewać aby móc się lansować za pomocą termosu w czasie picia ukochanego trunku, łącząc przyjemne z porzytecznym. Problem mógłby jedynie wzbudzić brak pary wydobywającej się z termosu wieć trzeba by daną nalewkę podgrzac. Podgrzanie nalewki zmniejsza jednak jej użyteczność i pogarsza walory smakowe...jednak dla lansu trzeba cierpieć...
Kolejnym problemem jest sprawa natury fizjologicznej - tzn. wydalanie z siebie nadmiaru gazów za pomocą otworu cielesnego, który normalnie służy do pompowania boską esencją szczepana - tak jak dziupla w drzewie. Nie owijając dalej w bawełne chodzi mi o dupe i o głośne pierdzenie. Głośnie pierdzenie - problem złożony i skomplikowany co prawda może być lanserskie ale tylko w bardzo ograniczonych warunkach. Np. Foka, nie dalej jak wczoraj doskonale wylansował się za jego pomocą tworząc płomień który oświetlił całą woprówkę i wzbudził niemały aplauz. Dodatkowo trzeba nadmienić że pierdnięcie może być lanserskie tylko w określonych grupach bardzo dobrze znających sie ludzi, przed którymi lansować się nie trzeba. Może także zmniejszyc prestiż o czym doskonale wie Materac.
Wydaje mi się, że jedyną metodą na pierdzenie nie psujące lansu jest metoda wynaleziona przez moją wspaniałą współlokatorkę (tak tak!! wspołlokatorkĘ), która kiedy nie chce piernąć głośno rozchyla pośladki za pomocą rąk. Według niej jest to doskonała metoda pierdzenia w towarzystwie tak żeby nikt się nie zorientował....hmmm....jestem ciekawy jak to wygląda....
Dalsze rozterki z życia prawdziwego lansera już niebawem bo ide na obiad.
Waldemar....Absolwent WSLiB (Wyższej Szkoły Lansu i Baunsu) oraz WSUZJLOD (Wyższej Szkoły Uważania Że Jestem Lepszy Od Innych)
niedziela, lipca 30, 2006
Krölestwo Brzydkich Lasek i Dziwnych Ludzi...
Tak po krotce moge podsumowac miesce w ktorym obecnie przebywam. Tym miejscem ninejszym jest nasz najezdzca z 1665 roku czyli Krolestwo Szwecji. Coz moge powiedziec o tym panstwie. Otoz generalnie zanim przyjechalem tutaj Szwecjia jawila mi sie jako miejsce niesamowicie wrecz nudne i przewidywalne. W moich myslach malowal sie obraz ludzi ktorzy wstaja o 7 rano aby isc do pracy aby nastepnie wrocic na obiad i do konca dni ogladac telewizje. Kompletne monotonia zycia. Jednak musze powiedziec ze monarchia ta naprawde mnie mile zaskoczyla jako miejsce gdzie naprawde moga sie zdazyc nieprzewidziane rzeczy. Sa to raczej male drobiazgi ktore powoduja ze naprawde podoba mi sie tutaj i zaluje tylko ze moja uczelnia nia ma kontraktu z Uniwersytetem Ekonomicznym w Sztokholmie bo mym chetnie porzyjechal tutaj na Socratesa. Otoz co takiego dziwnego tutaj napotkalem. Pierwsza rzecz ktora okazala sie dla mnie takim szokiem ze do dzisiaj nie moge wyjsc z podziwu ujawnila sie juz na drugi dzien rano tuz po przebudzeniu z pierwszego snu na szwedzkiej ziemi. Szedlem sobie z moim bratem ciotecznym na pociag do sztkholmu (moja rodzina mieszka niby w sztokholmie ale jednak jakos na obrzezach i trzeba dojezdzac kolejka podmiejscka do centrum co zajmuje okolo 15 minut - przypis Foki) kiedy nagle spostrzeglem ze cos nie tak. Otoz okazalo sie ze szwedzi poto zeby sobie urazmaicic zycie postanowili ze pociagi to pociagi i nie moga tak jak samochody jezdzic po prawej stronie tylko swiadomie i zdeterminowanie zdecydowali o tym ze Krolestwo Szwecji musi miec cos wspolnego z Krolestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Polnocnej i umiescili kazdy pociag po lewej stronie drogi szynowej (ang. rail way - przypis Foki). Dziwna sprawa ale co tam. Druga rzecz ktora stala sie taka dla mnie niespodziewana to fakt ze w wyzej wymienionym pociagu (poza fajna metalka ktora swym wygladem przypominala kgogos z rodziny Adamsow) pierwsze co to spotkalem nikogo innego jak Pana Wieckowskiego z ktorym przez 3 lata chodzilem razem w LO na angielski. Pan Wieckowski nie podrozowal sam lecz z jeszcze z innym Czlowiekiem z Norvida ktorego zna Waldek albowiem podobno potrafi "pierdnac" kazda czescia ciala. W samym Sztokholmie zadziwilo mnie to ze miasto ktore od czasow wojny trzydzestoletniej (trza bylo sie uczyc historii a nie glupiej geografii to byscie wiedzieli kiedy to bylo), oplywajace bogactwem i porzadkiem (podobno Szwedzi to prawie to samo co Niemcy) przez kilkaset lat swojego istnienia nie dorobilo sie rynku. Znaczy dorobilo sie cos na ksztalt rynku ale gabarytami swoimi przypomina raczej spacerniak dla wiezniow i jest otoczone przez McDolanda i Kino i raczej sluzy jako wielka kwiaciarnia pod golym niebem niz miejsce spotkan czy cus. Musze tez wpomniec ze Sztokholm ma troche wspolnego z Czetochowa albowiem zarowno Sztokholma jak i moje kochane miasto rodzinne dorobilo sie tylko jednej linii tramwajowej (po ktorej jezdza tramwaje z wielkimi filizankami na dachach). Jezeli juz wspomnialem cos o kinie to nie byl bym soba gdyby nie bylo dla mnie szokiem ze w kinie w Szwecji nie znaja wynalazku pod tytulem "bilet ulgowy". Chyba kilkanascie lat rzadow socjaldemokratow sprawily ze teraz nawet ludzie starsi i mlodsi zostali zrownani i kazdy musi placic tyle samo w kinie. Kolejna sprawa nie do pomyslenia w Polsce bylo to ze pewnego pieknego dnia kupujac w barze kebab z moim wöjkiem musielismy sie porozumiewac z kasjerem, kelnerem i innymi pracownikami tej wykwintnej restauracji przy pomocy jezyka angielskiego albowiem nikt tam nie znal Szwedzkiego (knajpa w samym centrum - obok "niby rynku"). Jednym slowem jaja jak berety. Chyba tradycja sie juz stalo ze przygladajac sie laskom zgromadzonym w tej czesci Skandywanii dostrzeglem niesamowicie smieszny i charakterystyczny chyba tylko dla Szwecji styl ubioru wylansowany nie wiem przez kogo. Mowie o tradycji albowiem jak bylem ostatni raz w Paryzu to widizalem ze Francuski nosza zamiast butow/klapkow/japonek chapcie przez co wygladaja jakby tak sie spieszyly na miasto ze zapomnialy zmienic swoje domowe cichobiegi na bardziej przystosowany do kamienistej drogi ubior. Natomiast w Szwecji wg. chyba najnowszej mody Szwedki nosza getry. Znaczy nie wiem czy to sie dokladnie tak nazywa ale wyglada jak takie grube, czarne i oblesne rajstopy (zwane w niektorych kregach prezerwatywami na nogi) z nogawkami obcietymi tak w polowie lydki. Wyglada to tak troche jakby wlasnie wrocily z joggingu albo z wyscigu kolarskiego jednak pikanterii dodaje calej sprawie fakt ze poprostu w temperaturze 30 st. C czlowiekowi az sie mocz w pechezu gotuje na taki widok. Jezeli juz wspomnialemn o Szwedkach to nie moge poninac kwestii Ich urody. Genrealnie to ewolucja chyba nie tylko pozbawila zenska czest nacjii Szweckiej gustu ale takze urody. Moj najstarszy kuzyn chodzil z dziewczyna ktora byla vicemiss Szwecji... myslalem ze bedzie jakas niesamowita laska a tutaj sie okazalo ze u mnie na ulicy sa z 3 ladniejsze. Poprostu trauma. Na laski nie ma co chodzic. Na zakupy tez nie bo zwykle krotkie spodenki bez zadnych szalenstw kosztuja tutaj cos w okolicach 1000 koron. Zato mozna kupic relatywnie tanio sprzed do komputera lub audio. W sumie jest i tak taniej niz w Norwegii. Moj kuzyn waleni wrocil albowiem poznal jakas laske w Norwegii i powiedzial ze po tym jak zabral dziewczyne w tym kraju na pizze i piwo i dostal rachunek na 140zl (jedna pizza i 2 piwa) to postanowil ze znajdzie sobie dziewczyne w Polsce ;) Podsumowujac Szwecja jest naprawde fajnym miejscem do zycia. Jest tutaj milo, czysto, nie jest tak cieplo jak w Polsce latem i nie jest tak zimno jak w Polsce zima, Mimo ze nie ma jakis naprawde wspanialych miejsc do zobaczenia to jest tutaj naprawde ladnie. No i wogole milo jest miesc taka fajna rodzine w Szwecji jak ja mam :) Do zobaczenia w srode wieczorem Polsko :*****
PS: za wszystkie bledy jakie popelnilem w tym poscie przepraszam narod Polski i Czukena i moja arogancje tlumacze tym ze w Szwecji jest trudno dostac polskiego Worda aby sprawdzic pisownie oraz kurwa sami sprobujcie pisac na klawiaturze gdzie zamiast normalnych literek sa krzaki typu: ööö czy äää czy ¤¤¤ czy ½½½½ czy §§§§ czy ååå a inne znaczki takie jak dwukropek sa w jakis dziwnych niedostpenych miejscach. Jednak te wynalazki mnie tak nie dziwia tak jak mnie dziwi jeden znaczej a mianowicie "¨". Nie wiem czy dostrzegacie dramaturgie sytuacji ale jest to znaczek ktory znajdzuje sie jako glowny znaczek w miejscy gdzie u normalnych ludzi znajdzuje sie chyba "[". I ten oto znaczek dziala jak tylda czyli trzeba go nacisnac ale pojawia sie dopiero jak nacisniemy inny naczej po nim oraz zklada sie z dwuch kropek poziomych. Czyli jest to poziomy dwukropek. Cholera wie do czego to sluzy. Moi bracia tez nie wiedza. Glupota ludzka (szwedzka) nie zna granic.
PS: za wszystkie bledy jakie popelnilem w tym poscie przepraszam narod Polski i Czukena i moja arogancje tlumacze tym ze w Szwecji jest trudno dostac polskiego Worda aby sprawdzic pisownie oraz kurwa sami sprobujcie pisac na klawiaturze gdzie zamiast normalnych literek sa krzaki typu: ööö czy äää czy ¤¤¤ czy ½½½½ czy §§§§ czy ååå a inne znaczki takie jak dwukropek sa w jakis dziwnych niedostpenych miejscach. Jednak te wynalazki mnie tak nie dziwia tak jak mnie dziwi jeden znaczej a mianowicie "¨". Nie wiem czy dostrzegacie dramaturgie sytuacji ale jest to znaczek ktory znajdzuje sie jako glowny znaczek w miejscy gdzie u normalnych ludzi znajdzuje sie chyba "[". I ten oto znaczek dziala jak tylda czyli trzeba go nacisnac ale pojawia sie dopiero jak nacisniemy inny naczej po nim oraz zklada sie z dwuch kropek poziomych. Czyli jest to poziomy dwukropek. Cholera wie do czego to sluzy. Moi bracia tez nie wiedza. Glupota ludzka (szwedzka) nie zna granic.
