wtorek, kwietnia 11, 2006

Warsaw Double Vodka Fest "Potężnie"

I tak postnowiłem dzisiaj zrobić to co zrobić już dawno miałem. Oto opisuje moją chwalebną podóż do stolicy Polski B czyli Warszawy gdzie to włąśnie napotkałem na mego zioma Waldemara i innych pobratyńcow takich jak Chudy, Fedzik czy inni. Poznałem także żone Chudego zwaną Moninszonem a także słąwetnego Szarka zwanego Tuńczykiem. Spotkanie jaknajbardziej hardkorowe oraz spektakularne na maksa. A wszystko to na maksa spontaniczne.
I tak w piątek o ktorejś tam czasu środkowoeuropejskiego zazwonił do mnie don Waldemarro z chwalebną propozycja abym przybył o niego w celu wypicia jakiejs wódki czy zaśpiewania jakiejś Roty. Oczywiście sie zgodziłem i następnego dnia o 14:00 wylądowałem z całym majdanem na dworcu Centralnym w Warszawie (stolica Polski B jakby ktoś nie wiedział). Cała akcja była bardzo spektakularna. Udaliśmy sie do chaty Waldemara gdzie wpierdoliliśmy jakieś kluchy z czymś tam i stwierdziliśmy że warto by sie napić tak po obidku wódki. I tak o godzinie 15:00 czasu środkowoeuropekjskiego Waldemar otworzył pierwsza 0,7 tego dnia. Ale jako że ani Waldemar ani ja za kołnież nie wylewamy to okazało się że flaszeczka zostąłą dośc szybko opróżniona. Więc otworzyliśmy drógą a potem jeszcze trzecia tym razem juz 0,5. I tak o 16:30 byliśmy tak najepani że nie wiem co sie działo. Z relacji Chudego i Moniszona można tylko wywnioskować że po pijaku gadaliśmy z jakimś Hiszpanem który patrzał sie na nas jak na skończonych pijaków ale i tak zdecydował sie zamieszkać z Waldemarem i coś tam jeszcze robiliśmy. W każdym razie rano znaleźliśmy na podłodze skarpetki Lidki wypełnionne jakaś kiełbasa i podarte rajstopy także tej samej Lidki które Waldemar w napływie fantazji próbował założyć. Ale na piciu się nine skończyło albowiem jak prawdziwi maratończycy jeżęli chodzi o picie wytrzeźwieliśmy po 4-5 godzinach i postanowiliśmy isć do niejakiego Witolda na impreze. I jak przystało na wyżej wymienionych maratończyków tam także zaliczyliśmy najebanie się. Czyli jak wynika z prostego rachunku zaliczyśliśmy 2 hardkorowe maratony w ciągu jednnego dnia. Wielkim finiszem drógiego maratona było żyganie Waldka do widny a Foki sikanie do kwiatków na korytarzu bloku Witodla. Po skończonej imprezie postanowiliśmy w Waldemarrem udać sie na spoczynek do hasjendy don Wala i tutaj był problem. Albowiem najpierw nie byliśmy w stanie sforsować furtki bo sie otwierała do wewnątrz a my o tym nie wiedzieliśmy oraz trza było wezwać taksówkę. Taksa była o tyle skektakularna że długo nie przyjeżdzała. A powód był bardoz rposty albowiem Waldemar w przypływie radości z tego że dzwoni telefonem zapomniał że jesteśmy w Warszawie a nie w Częstochowie i zadzwonił na TeleTaxi w Czwie i kazał im jechać na Kruczą w bok od Marszałkowskiej. Potem tradycyjnine pokazaliśmy dupe na skrzyżowaniu samochodowi i pojechaliśmy jakaś taksa do domu. Na drógi dzień rano o 10:00 pojchałem skacowany do domu. Oczywiście zapomniałem także zabrać mojego mp3 z domu Waldemarra alte to już inna historia.
Ssijcie pały!!!

1 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Potwierdzam, dokładnie tak było. Zapomniałeś tylko nadmienić próby przesadzenia przezemnie ogordzenia poprzez wejście na transformator, ocene sytuacji i spierdolenie sie z niego z rumorem, wielokrotnie występujące podnoszenie się z ziemi oraz twoja nową ksywę mianowicie FASOLA. Trzeba też dodać że następnego dnia miałem przyjemność mieć kaca życia. Herbata była dla mnie zbyt ciężkim posiłkiem.

12:22  

Prześlij komentarz

<< Home